23 stycznia 2015

Ostatnio widziałyśmy się na święta. Mam nadzieję, że nie ostatni raz

Gizmolove od pierwszych chwil swego życia był szczodrze obdarzonym przez Matkę Naturę, tudzież Stwórcę, dziecięciem. I tylko żeby nie było. Pisząc obdarzonym, mam na myśli owłosienie. A nie przyrodzenie. Chociaż na to zapewne w przyszłości narzekać nie będzie. He!
Był czarniutki. A włoski pokrywały dosłownie każdy milimetr jego malutkiego ciałka. Dlatego w pewnych kręgach zyskał miano Krecika. Zaraz po tym jak nazwała go Paskudą.
Nie wiem, która to już jego ksywka? Bo u babci jest Czuczu. U dziadka Gizmo. U Stwórcy Garzełkiem. U Teściówki Tusiem... A u mnie? Już sama nie wiem. Bo tyle tego.
Ale dziś nie o ksywkach. Nie o imionach. Nawet nie specjalnie o Gizmo. 
Ale o kobiecie. Wielkiej kobiecie. 
O wielkiej miłości. Bo swoje dzieci się kocha. Za wnukami się szaleje. A za prawnukami?
To wie tylko Ona.

Dwa dni temu był Dzień Babci. Jak co roku o tej porze chwyciłam za telefon. Wybrałam numer. Dzwonię. I czekam. Sygnał. Drugi. Trzeci. Głucho.
I wtem przypomniałam sobie. A raczej dał znać o sobie zaciskający ból w piersi. Przeszywający na wylot.
Babcia tego telefonu nie odbierze(!)
Teraz.
Ale każdy dzień witam nadzieją, że wkrótce pogadamy. Pośmiejemy się. Że opowiem jej o postępach Gizmo. Że raczkuje. I gada. Że chodzi. A mnie krzyż od tego siada. Że gotuję mu ryż z warzywami. I bębenki mi pękają. Bo ćwiczy mnie w cierpliwości. Że pociesznie wykrzywia ryjek. I nadal najpiękniejsza z niego Paskuda.

Pierwsze spotkanie. Zachwyt. Zauroczenie. Zakochanie.

Nie do końca łatwo pisać. Kiedy obraz dziecięcych wspomnień przesłania szpitalne łoże. Krzywa elektrokardiogramu. I szum respiratora.
Kiedyś nagły poryw serca na mój widok. Uskrzydlał do działania. Dodawał mocy. A dziś tłumiony lekami. Bo zabija. Nawet nie wie jak bardzo. I nie tylko ją.
Kiedyś dni. Godziny. Minuty. Odliczała. Wyczekiwała. Wyglądała. Niedzieli. Przyjazdu. Autobusu. 
Dziś to ja odliczam.
Byle dłużej. Nawet jeśli śpi. Ale ciągle wiem. Że czuje. Że żyje. Jest.
Byle odgonić zły czas. Przeciągnąć. Odpędzić. A najlepiej oszukać. Ale przeznaczenie nieubłagane jest. Drwi. Śmieje się w twarz. Bawi się nami. Uczuciami.

* * *

Są sprawy, na które wpływu nie mam.
Zdarzenia, których biegu nie zawrócę. Nie zmienię.
Słowa, których mocą żadną nie cofnę. Wykrzyczane. Bądź niewypowiedziane.
Trudnych momentów nie uniknę. Nie schowam na dno szafy. Nie zamiotę pod dywan. Nie wyrzucę do kosza. Choć najchętniej posłałabym je w kosmos. Z biletem w jedną stronę.
Mogę jedynie uzbroić się w odwagę. By stawić im czoła.
Siłę. By je przetrwać.
I wiarę. Czekając na lepsze dni.

TOP