5 lutego 2015

O matkach blogerkach

Dobrze czasem posiedzieć przy kominku. Przy dobrej lekturze. 
I wyciągną wnioski. Z przeszłości. Zeryfikowane. Teraz. Mogą mieć wpływ. Na przyszłość.
Bloga, bo na nim chcę się skupić.
W końcu ogarnęłam myśli potargane. Rozjechane. W garść zebrałam. 
- I co tam mama znowu pisze?
Prawdę. Synu. Prawdę.

Miało być o zmianach. Planach. Ulepszeniach. Bo chce w końcu to ruszyć. Zrobić coś dla siebie. Od siebie. I o sobie.
Miało być miło. Kulturalnie. I cukierkowo. Jak na tych wszystkich mamusinych blogach.  Bo ten trochę taki jest. W końcu Gizmolove się czasem przez niego przewija.
Miało być konkursowo. Kulinarnie. Bo co ja mogę innego.
Miało być... 
I będzie. Kiedy indziej. A kiedy? Nie wiem.
A dziś dwie sprawy. Inne. Ale sprowadzające się do jednego sedna. Matka w blogosferze.

Wstałam. Ot, wielkie mi co. Każdy wstaje. Życie. U mnie życie obecnie raczkuje. I pobudkę robi o szóstej. Soczystym glonojadem na twarzy. Albo w bardziej hardcorowej wersji. Kałużą w uchu. Jak nie trafi w policzek.
Dzień jak co dzień. Śniegu kupa. Nadal. I słońce przedziera się coraz śmielej.
Myślę. Jest dobrze. Myślę. To będzie na pewno dobry dzień.
Zabieram się za śniadanie. W międzyczasie ogarniam pampersa. Maila. I zęby. Kawa gdzieś między wierszami. Bo inaczej się nie da. 
Krzywonogi Zombiak na dzień dobry przechodzi samego siebie. Szaleju się najadł. A na pewno papieru spod kominka. Obierek z kosza. I sznurówek. Kurde, żeby on owsiankę wpierdzielał z taką pasją! Nawet "M jak Miłość" nie da obejrzeć. Ech... chyba odezwała się w nim ta lepsza połowa. Czytaj Stwórca.

Odpalam fejsa. Okno na świat. Tu przynajmniej śniegu mniej.
Jednak zalewa mnie. Fala. Lawina. Sztucznej życzliwości. Naiwności. Corocznej wdzięczności. W postaci Bloga Roku. Wylewa się hasłami. Prośbami. Esemesami. Żebraniem o najmniejszy głos. Rozmieniony na złoty i dwadzieścia trzy grosze. Z VAT.
Z trudem się przedzieram. I se myślę se.

Te wszystkie wzajemnie lajki. Polubienia. Ta matka tej matce. A każda z taką fałszywą skromnością. Że niby bloga dla siebie pisze. Że się podzielić chce swoim doświadczeniem. Różowo. Niebieskim. Łypiącym oczkami. Na litość biorącym sztachetowatym uśmiechem. Na widok którego pozostałe sfokusowane matki ogarnia wszechgazm. A z komentarzy za każdym razem leje się słodycz. Ta sama powtarzająca się sekwencja znaków. Ach, jaka ona piękna. Jakie cudowności. Przystojniak po tacie...
Nie, po listonoszu! 

Po drugiej stronie barykady są te zbuntowane. Te którym dzieciak daje w kość. Bo rozwyty. Usmarkany. Wciąż kochany. Ale dla odmiany cukierek okazuje się być kwaśnym landrynkiem.
Bo tak lepiej. Tak awangardowo. Kontrowersyjnie. Najechać. Objechać. Wyśmiać.
Żłobek. Przedszkole. NFZ. Sąsiadkę. Co popadnie. Co się na rękę mamuśce nawinie. Winien. Nie winien. Nie ważne. Ważne, żeby czytali. Lajkowali. I komenty lały się jadem. Tym razem.

I są trzecie. Najgorsze. Testerki. Spec mama od wszystkiego. Taka co to krawaty wiąże. Usuwa ciąże. I wszystko wie najlepiej. Ale w dupie była. Gówno widziała. Bo mniej więcej tak się zachowują. Czym głównie sobie. I sobie podobnym robią krzywdę. 
Bo tak na prawdę wcale nie potrzebują tego czy tamtego. Bo dzieciak już sam je. Pije. Siedzi. Gada. W sumie rybka mu czy ma kubek w zwierzątka. I skąd łyżeczka. I tak jej nie używa. Bo wygodniej palcami.
Ale matka gra. Musi grać. Wygrać. Za wszelką cenę. A raczej za bezcen. Bo za darmo. A, to biere! Nie potrzebuje. Ale jak dają. To czemu nie. Bo wszystkie tak robią. To ona też.
Zdjęcie cyknie. Na fejsa będzie. Znowu będą lajkować. Szarować. Komentować.

I teraz ja. W całym tym blogowym pierdolniku. Parentingowej hipokryzji. Chciałam zorganizować konkurs. Na początek taki wspomagany. Wiecie? Podpiąć się pod jedną z tych ;) firm. Żeby się sprawdzić. Nie ukrywam. Trochę wypromować. Jak każda. Bo każda tak robi. Tylko nie każda się przyzna. 
Zgłosiłam się. Pichcenie miało być. Kreatywnie. Aktywnie. Posta wysmarowałam. Fotami okrasiłam. No, full wypas. Bo ja inaczej się nie biorę. Jak wypasu na fullu ma nie być.
Wyniki. I co ja paczę?! Znowu te same twarze. Te same hasła. Ta sama powtarzająca się sekwencja znaków. Ta sama fałszywa skromność. I wszechrzyg słodyczy.

I se myślę se. Kominek miał rację. Nie opłaca promować się taniochy!
Jest podaż. To jest i popyt. Ale w zamian za co?!
Za plastikowy talerzyk sprzedawać swoją pasję. Na pięć złotych wyceniać swoją ciężką pracę. Żeby pomachać przez rok banerkiem na blogu.
Pytam. Czy chcę być jedną z tych?
NIE! Dziękuję. Wyścig szczurów nie dla mnie.

pozdrawiam, bastalena

TOP