13 lutego 2015

Sushi kusi? To zrób!

Sushi jadłam do tej pory trzykrotnie. W sushi barze. Na domówce. I made by ja. Z zestawu. Które najlepsze? Powiem na końcu. Albo sami się domyślicie.

Zestaw kupiliśmy od czapy. Akurat w lodówce zalegał nam nadprogramowo łosoś z datą do wczoraj. Wyszło dobre. Stwórca pochwalił. Montezuma za łososia się nie mścił. Czemu wcześniej nie wpadłam w te sidła? Ze strachu. Że się nie uda. Że nie dobre. Że za dużo roboty. I w ogóle, że...
A tymczasem trzymając się kilku prostych zasad. I umiejętnie czytając instrukcje. Wcale nie musi być strasznie. Nie smacznie. I trudno. Wręcz przeciwnie.


Tak jak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Tak i ja po pierwszym razie nie stałam się ekspertem dotyczącym sushi. Poszperałam jednak trochę w necie i znalazłam kilka ciekawych, niemalże sztandarowych reguł, związanych z tą jakże zacną sztuką kulinarną. Wpis ten stanowi rozszerzenie mojego bastalenowego wpisu Z chrzanem to nie ma nic wspólnego. Od tamtej pory trochę się podszkoliłam. A doświadczenie postanowiłam zebrać w zgrabną całość.
No to jedziemy...

Po pierwsze i pokrótce. Nazewnictwo

Jak zwał tak zwał. Zwykle i tak zaczyna i kończy się na maki, czyli tych mniej lub bardziej koślawych rulonikach uformowanych z ryżu zwiniętego wraz z różnorodnymi składnikami w płatkach glonów nori.
Idąc dalej. Nasze maki w głównej mierze stanowiły futomaki, gdyż były to grube rolki z kilkoma składnikami.W odróżnieniu od hosomaków, które najczęściej występują w mono wersji.
Ze względu na rodzaj użytego wypełnienia swoją przygodę z sushi rozpoczęliśmy od sake-zushi (łosoś), ebi- zushi (krewetka) i surimi-zushi (paluszki krabowe). 

Po drugie i bez tego ani rusz. Ryż i reszta

Specjalny do sushi. Kleisty. Trochę wkurzający podczas rozprowadzania go na płatkach glonów. Ale tu z pomocą spieszy ocet ryżowy.
Płatki glonów nori. Zawsze się zastawiałam co tak capi w sushi. I zawsze zwalałam to na rybę. Sorki, łosiu. 
To najtrudniejsza część, gdyż od stopnia ugotowania ryżu zależy dobrze zrobione sushi. Trzeba w odpowiednim czasie wyczuć moment i zdjąć garnek z gazu ;) Potem ryż wystudzamy, dodajemy ocet i zabieramy się do dzieła. Dzieła tworzenia.

Po trzecie i obowiązkowo. Dodatki

Bez tego nie ma co siadać do sushi. To tak jakby jeść pizzę bez sosu albo frytki bez ketchupu ;)
Sos sojowy do maczania. Imbir do podgryzania. Pasta wasabi do wyciskania łez z oczu, że to wszystko takie dobre ;)
W dobrym zwyczaju jest, aby każda osoba miała "swój" osobny zestaw wasabi, imbiru i sosu.

Po czwarte i niekoniecznie. Sztućce

Czyli te przeklęte pałeczki. Dzięki nim mam wrażenie, że dłużej sushi jem niż przygotowuję. Ale pomału nabieram wprawy. Można też palcyma. I to bez najmniejszej krępacji. Serio! Wielkim faux pas jest zajadanie widelcem. Próbowałam przetłumaczyć to mojej mamie. Ale mamy zawsze wiedzą lepiej. Ha!


Po piąte i wypchaj się. A napchaj się

Nie dość, że widelcem. Po jeszcze podgryzała. Dżizas. Albo w całości. Albo wcale. I nie ma że boli. Że ustka. I kąciki. Że pałeczki. I wylata. Otwórzże paszczę. I wsuwaj. Bez gadania. Bo stygnie. A raczej wy-schnie. No, właśnie...

Po szóste i nie warto. Nie zostawiaj

Na późnej. Na jutro etc. Sushi jak to zdechła ryba. Psuje się. Wysycha. A przynajmniej nie smakuje już tak dobrze. Wiem z autopsji. Wiem także, że [powinnam to napisać na samym początku] do całej zabawy używasz oczywiście świeżutkiej rybki. A nie jakichś tam zdechlaków. Spod lady. Albo nie wiadomo skąd.

Po siódme i czemu tak drogo. Cena

Wcale nie drogo. W zestawie. A od tego proponuję zacząć zabawę w sushowanie. Na pewno wychodzą taniej te zbędne i niezbędne dodatki. Do tego łosoś. Jakieś ogórki. Serki. Sezam. W modzie jest awokado. Jednak ja nie przepadam. Za to świetną opcją jest truskawka. Mango. Albo pomarańcza.
Po pierwszym razie zostanie Wam mata. Pałeczki. Ocet. Wasabi. I... Więc drugie podejście już wcale tak drogo nie wychodzi. No, chyba że Ę Ą rzucicie się na jakieś wymyślne kombinacje.


Po ósme i co wybrać? Wygoda

To w końcu sushi bar? Czy domowe? Zależy na czym chcesz przyoszczędzić? Na czasie czy na kasie? Ale pamiętaj. W domu samemu decydujesz co i z czym jesz. Możesz fantazjować i łączyć według własnego uznania. A co do ceny, patrz punkt wyżej. I co wybierasz?

Po dziewiąte i nic na siłę. Kulinarna nowomoda

Ja wiem, że w dzisiejszych czasach wszyscy chcą być fit. Slim. I słit na fejsika. Ale pewnych dań na prawdę nie da się odchudzić. Upiększyć. I na siłę zmienić. Bo jeśli ktoś uważa naleśnika z jaglanką, sałatą i rybą za sushi. To może zechce bigos pałeczkami wsuwać. Jak dla mnie naleśnik na zawsze zostanie naleśnikiem. A ryż z surowizną, sushi.

A po dziesiąte i najważniejsze. Uważaj!

Ta miłość uzależnia! I jak raz spróbujesz. To wpadniesz! Po uszy ;)
Zachęcam Was do domowego sushi. To na prawdę nic trudnego. A satysfakcja: bezcenna! Jak mina Stwórcy pałaszującego maka z wasabi.


To jak z tym sushi?

Domowe czy na wynos?

TOP