9 marca 2015

Jeśli wpadniesz między wrony czyli moje plany na wiosnę

Rozochocona poprzednim wpisem (klik), postanowiłam iść za ciosem i kontynuować norweskie pogadanki. Co Wy na to? Ekspertem nie jestem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, abym podzieliła się z Wami moimi wrażeniami. Chętni są? A może jakaś międzynarodowa wymiana? W końcu trochę nas z Polski wybyło...
Na pierwszy ogień język. Warto czy nie warto znać? I czy zawsze i wszędzie obejdzie się człowiek tylko angielskim?

Stwórca jako hodowca jeżowca rekrutowany był z angielskiego ogłoszenia. Na co dzień w pracy wszyscy mówią po angielsku. Bo tak jak on są z... Hiszpanii, Portugalii i Grecji. Firma ma samych zagranicznych klientów. Ale te sprawy załatwia za nich menago. Jeżowce i ryby głosu nie mają. Więc norweski jest Stwórcy j a k b y niepotrzebny.

Gizmolova mama na co dzień także używa angielskiego. W końcu co za problem dogadać się w sklepie. A że wybiera głównie samoobsługowe. Więc konwersacja skraca się do standardowego Thank you very much. Bye! Bo resztę załatwia karta płatnicza. Na kontrolach z Gizmolem. Co po angielsku nie powie. To pokaże na migi. Albo z kontekstu wyczyta. A kalendarz szczepień wszędzie ten sam.

I tak sobie siedzą w tym norweskim grajdołku. Oglądają Korwina na tubie. Albo Wikingów z polskimi napisami. Czas na naukę by się znalazł. Ale po co? Kiedy nie wymagają. Spraw nie utrudniają. Mówić nie trzeba. Sami wiecie... Tylko co jak Zombiak zamiast pierwszego ma-ma. Powie skål

* * *

Angielski w dzisiejszych czasach jest niemal wszędzie. Nawet tam gdzie być nie powinien. W telewizji. W pop kulturze. Na korpo delegacjach. Krzyczy z bilbordów. I kubłów babć klozetowych. Młodzież chętnie wplata go w swoje wypowiedzi. Wierząc, że jest przez to bardziej cool. Masowo wypierany z królewskiego kraju. Na rzecz naszej rdzennej polszczyzny. Całkiem nieźle ma się także w Norwegii.
Jednak moje skromne doświadczenie mówi mi, że z angielskim tutaj nie jest wcale tak dobrze, jakby się mogło wydawać. Na pierwszy rzut oka fajnie, dogada się człowiek, zapyta o drogę, o cenę. Ale jeśli chce się czegoś więcej? Pracować? Mieszkać? Żyć?

Oto co zauważyłam...

Łatwiej ma ten, kto przyjeżdżając tu, wcale nie zna angielskiego. Bo ma od razu motywację do nauki norweskiego. Przecież musi jakoś przetrwać w nowym środowisku.

Znajomość angielskiego, nawet na poziomie słabym lub średnio zaawansowanym, rozleniwia człowieka do nauki innego języka. Skoro mogę dogadać się po angielsku, to po co zaprzątać sobie głowę kursami i nauką.

Posługiwanie się norweskim otwiera możliwości do zdobycia lepszych... Pracy to na pewno. Ale także znajomości. Kontaktów. Relacji. Prawda jest taka, że tylko rodzimy język stwarza poczucie akceptowalności i uznania.

Dlatego nie chcąc być dłużej biernym uczestnikiem rozmów. Który cały czas robi dobrą minę do złej gry. Wraz z pierwszymi promykami wiosennego słońca rozpocznę naukę języka norweskiego. 

A Wy jakie macie plany na wiosnę?

pozdrawiam, bastalena
TOP