30 marca 2015

Ti på topp czyli mój norweski top 10


Norwedzy słyną z zamiłowania do sportu i wszelkiej aktywności fizycznej. I nie myślę tu jedynie o sportach zimowych. Chociaż te wysuwają się na pierwszy plan, z wiadomego powodu. Zdrowy styl życia i ruch przejawia się także w aktywnościach wiosenno- letnich. Jedną z nich jest tytułowy Ti på topp. Cóż to takiego oraz co jeszcze urzekło mnie po półtorarocznym obcowaniu w krainie reniferów i trolli? 
Przeczytacie w dzisiejszym cyklu Polak za granicą. Owsianki nie będzie. Ale i tak będzie smacznie. Aż się zdziwicie, jak bardzo!

Ti på topp

Jeśli lubisz góry. Dreszczyk emocji. I zdrową konkurencję. To Ti på topp jest właśnie dla Ciebie. Zainwestuj w przewodnik i zdobywaj punkty ukryte na szczytach. A może wygrasz coś ciekawego. Tak pokrótce przedstawić mogę ogólnokrajową inicjatywę propagowania aktywności fizycznej. Boisz się, że norweskie fiordy są trudne i wymagające? Nic bardziej mylnego. Szczyty są tak dobrane, aby każdy czerpał przyjemność z ich zdobywania. Od kobiet w 8. miesiącu ciąży [ale o tym innym razem]. Poprzez dzieci i młodzież. Na seniorach kończąc.

Ti kroner marked

W wolnym tłumaczeniu "kiermasz za 10 koron". Jest to swego rodzaju cykliczna sprzedaż (wg moich spostrzeżeń raz na kwartał) organizowana przez jeden dyskont spożywczy. Myślę, że jeśli powiem, że przez SPAR to nie uznacie tego za kryptoreklamę. W tym czasie wybrane produkty sprzedawane są za 10 koron (ok. 5zł). Jak na norweskie warunki cenowe jest to bardzo tanio. Zważywszy na fakt, że bochenek chleba potrafi kosztować tutaj nawet 25nok, litr mleka 16nok, a 400g mięsa mielonego 30nok. Akcja cieszy się uznaniem nie tylko pośród napływowej części "Norwegów". Bo i ludność tubylcza zachowuje się wtedy jak Carrie Bradshaw w obuwniczym z kartą bez limitu.

Skolebolle(r)

Pierwsze bułki, które upiekłam. To nic innego jak norweskie bułki szkolne. Ale szkolne chyba tylko z nazwy. Ponieważ z powodzeniem jedzone przez wszystkich. Kupicie je w większości spożywczaków, stacji benzynowych, piekarenek ect. W smaku przypominają drożdżówkę z waniliowym budyniem oblaną przesłodkim lukrem i oprószoną wiórkami koksowymi. Obowiązkowo z "narodową" przyprawą. Czyli kardamonem.

orweskie bułki szkolne

Skål

Ze szwedzkiego słowo to oznacza miskę. Podobno to także pierwsze słowo norweskich dzieci. Ale wiem to tylko z jednego źródła i obawiam się, że mnie wtedy nie wkręcano, więc nie bierzcie tego na poważnie. Na poważnie natomiast wywodzi się ono ze staronordyckiego obrzędu wznoszenia toastów. Zapytacie co ma piernik do wiatraka, czyli miska do toastu. Ano w czymś Wikingowie pić musieli. A że najłatwiej wtedy im było z czarek zrobionych z... ludzkich czaszek. To tak się nimi stukali. I sobie z nich popijali. To co, na zdrowie!

Midnight sun

Dzień polarny. Noc polarna. Oba zjawiska godne przeżycia chociaż raz w życiu. Ale na dłuższą metę uporczywe. Organizm wtedy fiksuje, zegar biologiczny wariuje, a Ty chodzisz cały czas senna. No tak! Latem notorycznie się nie wysypiasz. Bo jak tu spać jak słońce wali po oczach nawet "w nocy". Zimą natomiast najchętniej spałabyś non stop. Bo przez dwa miesiące kompletnie nie dnieje. Tak źle. Tak nie dobrze. Ech...

zorza polarna nad tromso
fot. Stwórca

Northern Lights

Magnetyczny taniec światła na niebie. Zorza polarna. Do zaobserwowania teoretycznie w całej Norwegii, jednak najładniejsze występują w północnej jej części [za kołem podbiegunowym]. Przyciągają turystów z całego świata. Jak magnes działa lapońskie przekonanie wg którego dziecko poczęte w trakcie zorzy polarnej wróży narodzinami chłopca. Także, która chętna na syna. Wbijać na zimę do Tromsø.

Vafler

Pisałam o nich z okazji 25 marca, ale mam wrażenie, że nie tylko wtedy przypada ich święto. Moje skromne obserwacje potwierdzają, że oni tu chyba każdy piątkowy lunch w pracy gofrowy mają. A może po prostu Stwórca tak trafia. Tak czy siak, gofry u nich przybierają formę serca, a przepis na nie prosty jak budowa cepa. Paczka sklepowego gotowca rozrobiona w 200ml wody oraz stopionego masła. Do smaku brunost, dżem truskawkowy i bita śmietana. Voila!

Risgrøt

Taki polski odpowiednik ryżu na mleku. Z dodatkiem masła, cukru i cynamonu. W wersji bardziej ekskluzywnej (riskrem) podawany ze śmietaną i sosem malinowym. Deser tradycyjnie jedzony w okresie Bożego Narodzenia. Ale z powodzeniem możecie zaserwować go sobie na niedzielne śniadanie. Albo zamiast owsianki. Jak my czasem.

pudding ryżowy
Źródło

Lutefisk

Nie może zabraknąć go w tym zestawieniu podobnie jak nie może zabraknąć go na norweskim bożonarodzeniowym stole. Ja nazywam to rybą z kibla. Brzydko? Ale jak inaczej powiedzieć o daniu do wykonania, którego potrzebujecie sody kaustycznej?! A po jej przyrządzeniu musicie wietrzyć mieszkanie. Ponieważ w całym domu cuchnie jak z kibla właśnie. Z wygląd podobne to, to zupełnie do niczego. Bo po potraktowaniu salmiakiem z ryby zostaje galareta. Reasumując. Ani smaku. Ani zapachu. A wciągają to jak ciepłe bułeczki. Także tego, smaczne-goo!

Kråkebolle(r)

Nie mogę zakończyć inaczej. Mało norwesko. Ale bardzo sentymentalnie. To nic innego jak najeżone, małe, morskie żyjątka. Jeżowce. Hodowane są w zimnych wodach Norwegii głównie w celach spożywczych. Dla podkręcenia smaku powiem, że jadalną częścią tychże frykasów są ich gonady. Ale po wspomnianym wyżej lutefisku wszystko inne już nie dziwi i nie przeraża tak bardzo. A i pachnie przyjemniej.


* * *


Chcecie więcej (subiektywnych) norweskich ciekawostek?

pozdrawiam, bastalena
TOP