1 kwietnia 2015

Każda łobuza ma swojego guza

Od niedzieli sprawy nabrały tempa. Gizmolove włączył piąty bieg. Początkowo trochę niepewnie, chybocząc się na tych swoich koślawych nóżkach. Poprzedzone serią wygibasów, których najznamienitszy jogin by się nie powstydził, postawił pierwsze samodzielne kroki. I się zaczęło! We wtorek przypłacił to wielkim guzem. Ale podobno są one wpisane w dziecięcą samodzielność. Tak jak w matczyną rzeczywistość prawdy, które właśnie do mnie dotarły.



Myślałam, że mnie one nie będą dotyczyć. Bo przecież moje dziecko jest jedyne i niepowtarzalne. Później myślałam, że pisane są na pohybel tym wszystkim matkom, którym się udało. Dziecko się udało. Dziecko, które grzecznie śpi. Grzecznie je. I grzecznie potrafi zająć się sobą. Dłużej niż przez pięć minut. Ale nie! Bo takie nie istnieją. Dzieci, oczywiście. Teraz wiem, że na pocieszenie tym wiecznie urobionym, notorycznie niewyspanym i zachaszczonym... ;)


Ale do rzeczy.


Sam na sam. To pojęcie przestało mieć znaczenie, kiedy stałam się matką.


Jeszcze do niedawna mogłam się w miarę spokojnie wykąpać. Jeśli pięciominutowe ochlapanie pod prysznicem można nazwać spokojnym. To tak, mogłam. Jeszcze do tej pory stać mnie było na małe przyjemności. Kawusia spijana podczas porannej powtórki dreszczowca z M w tytule. Jako taki obiad. Poprzedzony wielogodzinnymi przygotowaniami jak do uczty jakiejś. Ech... To były czasy. Bo teraz wszystko w pakiecie. Z widownią w pierwszym rzędzie. Wszędzie.


Rozmawiając ze mną przez telefon, znajomi myślą, że mam zespół Tourett'a.


#takasytuacja.

Dzwonię. Jeden sygnał. Cisza. Drugi. Trzeci. Ciągle nic.

- Robisz kupę? Bo jakoś tak dziwnie zastygł zgięty w pół słowa dadadadada.
- Nie piję kawę. Wyrywa się nagle z komórki.

Uff. Na szczęście to moj mama. A Gizmolove jak stał, tak wali.


Mając dziecko przekonałam się, że sprawiedliwy podział przestrzeni łóżkowej nie istnieje.


W sumie to nigdy nie istniał. Kiedyś ojciec, teraz syn. I już nie tylko walczę o każdy kawałek kołderki. Walczę o najmniejszy kawałek łóżka. Kiedyś dzień witałam porannym chuchem Stwórcy. Dziś zdarzy mi się dostać z owsiankowej serii prztyczka w nos. Cud, miód i śmiechu... kupa.


Dobra mama ma klejące podłogi, masę brudnych ubrań, ale szczęśliwe dziecko.


Szczęśliwe dziecko, to najedzone dziecko. Przy czym najlepiej smakuje z podłogi. I jakby niechcący wdrożyłam naukę samodzielnego jedzenia. Przyspieszoną. Ale skoro na widok łyżeczki reaguje histerycznym piskiem. To dla świętego spokoju daję do łapki. A potem według scenariusza. Bęc o podłogę. Z kopa raz. Potem do rączki. I tutaj na dwoje babka wróżyła. Albo trafi do buziaka. Albo na bodziaka. Ot, taka mała różnica. A jednak prania więcej.



Nie ma w tym nic dziwnego. Ponieważ to moje niepowtarzalne dziecko robi takie same powtarzalne postępy jak twoje. I tamtej matki też. W gratisie z wpisanymi w rozwój błędami. Sprawia małe problemy i równie wielkie radości. Tak to już sobie matka natura wymyśliła. A nam próżno przed tym uciekać.


Pozostaje uzbroić się w cierpliwość, mopa i wymieniać spostrzeżeniami:

Jakie są twoje ulubione macierzyńskie demotki?



TOP