24 kwietnia 2015

Mamy czytają mamy

Nie planowałam takiego rozwoju spraw. Ale w tym tygodniu popełniono kilka fantastycznych tekstów, nad którymi warto sie pochylić. A ja czuję się w obowiązku z Wami się nimi podzielić. Ostrzegam jednak. Trochę monotematycznie będzie. Zaryzykuję jednak. Miłej lektury. 



Całkiem niepozorny wpis Drinków w kokosie o autobusowych historiach uruchomił lawinę wspomnień. Uświadomił mi, że są w narodzie rachunki krzywd, za które płaci matka. No tak! Swego czasu uwielbiałam podróżować komunikacją miejską. Co do ustępowania miejsca innym [staruszkom, ciężarnym ect.] bywało z tym różnie, zależnie od porannego humoru. Co karmą wróciło do mnie podczas ciąży. Mam za swoje. Jedno zdarzenie szczególnie mnie zabolało. Dziewiąty miesiąc. Dwa tygodnie do rozwiązania, więc brzuchem już szorowałam po ziemi. Maj, słońce gorące, pot po dupie się leje. Widzę go z oddali, ale do przystanku jeszcze kilka kroków. Włączyłam piąty bieg i toczę się co sił ociężale. Aż trudno było mi uwierzyć, kiedy kierowca bezczelnie zamykał mi drzwi przed nosem. Szczerze? Wściekłość taka mnie ogarnęła, że życzyłam mu sraczki na krańcówce! [wiem, zołza ze mnie ;)]

Urodziłam. Urodziła także Segritta. Bez relacji na żywo i waginalnych słitfoci. Naćpana oksytocyną lepiej bym tego w słowa nie ubrała. Ja [po miesiącu] byłam w stanie wydusić z siebie jedynie to.

Mój pierwszy poród wyobrażałam sobie nieco inaczej. Miało być szybko, bezboleśnie i z osobą towarzyszącą. Wyrwana z objęć Morfeusza o 5 nad ranem, potraktowana jako zło konieczne na izbie przyjęć szpitala, a następnie wystawiona na dwunastogodzinne bezskuteczne postękiwania, wydałam na świat pięknego chłopczyka. Stop! E tam, wydałam. Raczej został wydarty z mych wnętrzności, bo światełko w tunelu miało zbyt mały kaliber. Ale czego ja się czepiam?! Miało być szybko? To było. Pomijając oczywiście te dwanaście godzin, ale to na własne życzenie więc nie ma tematu. Miało być bezboleśnie? To było. Pomijając tylko nieprzyjemny zastrzyk w dupsko, nie na własne życzenie, tu się czepiać mogę. Miało być z osobą towarzyszącą? I nie było! I tego mi szkoda najbardziej. Bo Stwórca póki mógł dzielnie relacjonował zapis KTG, informując mnie o nadchodzących skurczach. Trzymał za rękę, narażając na świadome zmiażdżenie paliczków. Podskakiwał na piłce. Albo łaził, jak koń podpięty do homonto, po szpitalnym korytarzu w oczekiwaniu na rozwój waginalnej sytuacji. Szkoda. Bo równie dobrze za rękę mógł trzymać na sali porodowej. Jednak matka natura chciała inaczej. Stop! Co ja gadam. To, że rozwarcie nie nadeszło na czas, nie oznacza, że w końcu by mnie nie zaszczyciło swoją obecnością. Jednak to, że zaS(t)ĘPY lekarskie wystawały nade mną od 11.00 i czekały tylko na znak do krojenia, to już nie moja bajka. Ja się o skalpel nie prosiłam! Wręcz przeciwnie. Byłam chyba jedną z tych nielicznych, które wolały zagryzać zęby z bólu przed niż po [...]. Ale po jedenastu miesiącach jestem w stanie potwierdzić słowa Seg, że tak cholernie, wściekle, beznadziejnie, doszczętnie i dziko kocham się w moim dziecku.


Doba po porodzie do najprzyjemniejszych nie należała. Szczególnie jeśli w tle nieproszona cesarka. A im dalej w las, tym ciekawiej. 

My, matki luksusowo śpimy wtedy po cztery godziny na dobę. Zazwyczaj gdzie popadnie. Chodzimy na rzęsach. Lewitujemy w powietrzu. Ze skrajnym sennowłóctwem włącznie. W imię czego? Ano w imię różowego/niebieskiego [niepotrzebne skreślić] człowieczka, który zabiera nasz sen. Jednocześnie dodając wiary, że chcieć to móc. I uskrzydlając do działania. Jednak czasem zdarza się, że rozkoszny bejbi blues przybiera postać podstępnej zołzy. I Kosmetomama nie miała tu na myśli teściowej. Najważniejsze to nie bać prosić o pomoc. Zacny tekst, który utwierdził mnie w przekonaniu, jak wiele szczęścia miałam. I mam!


Zawsze myślałam, że macierzyństwo przeorganizuje moje dotychczasowe życie o 180 stopni. 

Nie ma się co oszukiwać. Pierwszy miesiąc był totalną jazdą bez trzymanki. Bimbały żyjące własnym życiem. Ciamkający Gizmolove. Gipsujący Stwórca. Moje poharatane bebechy. Można było odnieść wrażenie, że teraz to już tylko gary, smoczki, puszcza kampinoska i kupa na czole. A codzienna monotonia pryśnie niczym bańka mydlana. Nic bardziej mylnego! Dziecko wniosło zmiany w moje życie, nie neguję tego. Ale nie na tyle, by je pod siebie podporządkować. Ono je po prostu dopełniło i pozwoliło cieszyć się małymi szczęściami, których do tej pory nie dostrzegałam. Czy warto mieć dzieci? Jeśli ja Was nie przekonałam. Może uda się to mamie Melanii.


"Ma się Pani cieszyć macierzyństwem, a nie umartwiać"- tak oto podsumowała pani doktor dietę matki karmiącej podczas domowej wizyty kiedy zapytałam ją, czy mogę pić kawę.

Jedno trzeba przyznać, początki karmienia ćwiczą silną wolę matki. Zwłaszcza po takim rozpasaniu, jakiemu dałam upust, będąc w ciąży. Ale jak się chciało karmić cycem, to buzia w dzióbek. A więc... katowałam się rosołkami, gotowanymi pulpetami i koperkiem. Dobrze, że kefiry i jogurty mogłam pić do woli, bo od niegazowanej wody już mi fantomowe bąbelki uderzały do głowy. A czy skonsumowałabym łożysko? Nie wiem. Żałuję, że wcześniej się w temat nie wgryzłam. Może za drugim razem? Tymczasem Piwnooka temat rozgryzła. Smacznego.


A jakie są Wasze top tematy minionego tygodnia?


pozdrawiam, bastalena 

TOP