14 kwietnia 2015

#nicminiewisi


Dobra. Młody udał się na drzemkę. Mam (chyba) godzinkę, aby przedstawić Wam akcję, która mocno zatrząsnęła ostatnio parentingowym internetem. Ponadto doskonale wpisuje się w temat dzisiejszego wyzwania u Mai. Rodzinnie.

Ale najpierw odpowiedzcie sobie, Drogie Mamy, na pytanie. Ile razy słyszałyście w trakcie ciąży. Albo zaraz po urodzeniu. Teksty w stylu... 
Tylko pamiętaj, nie noś. 
Nie ucz. Bo potem sobie rady nie dasz.
A nie mówiłam!
Przyzwyczaiłaś, to teraz masz za swoje!


Jest tylko jeden mały problem. Aby spełnić życzenie cioci dobra rada musiałabyś "odjąć" sobie brzuch i stanąć obok. Bo prawda jest taka, że przyzwyczajacie dziecko do noszenia już w życiu płodowym. Więc wyżej wymienione porady trącają jedynie strzępieniem języka.


Ciemność! Widzę ciemność! Gdzie ja jestem? Czemu tu jest tak zimno. I do domu daleko?! Gdzie mnie zabieracie?! Maammmmmooooo!!!!! Gdzie jesteś?! I witamy małego człowieka na świecie. Ono się drze, bo nie wie gdzie jest. Jedyne co poznaje to głos i zapach matki. W pierwszym i całkiem zrozumiałym odruchu co robicie? Oczywiście! Bierzecie na ręce. Tulicie. Kołyszecie. Bo mamy ssaki tak mają. Zaraz obok karmienia piersią to całkowicie naturalny odruch. Noszenie potomstwa. Czynność, która tak jak cyc zaspokaja jedną z najważniejszych potrzeb małego dziecka. Potrzebę bliskości.

Narodziny. Dla małego człowieka to całkowicie abstrakcyjna rzeczywistość. Rzeczywistość nie do ogarnięcia. Jeszcze do wczoraj. Przedwczoraj. Kilka dni wstecz. Był pływał. Potem z ledwością był obracał się, wywracając Twoje wnętrzności do góry nogami. Ale czuł się bezpiecznie. Ponieważ był u siebie. Teraz nie wie gdzie jest. Czuje się jak pasażer Orient Expressu. I nie ma mu się co dziwić. Też byś się tak czuła!
Więc jeśli ktoś Ci mówi nie noś. Nie tul. Nie przyzwyczajaj. Równie dobrze może Ci powiedzieć. Nie karm. Nie przewijaj. Popłacze. Się zmęczy. I przestanie. A guzik prawda! Jak już wyżej wspomniałam, noszenie jest całkowicie naturalnym odruchem w jaki wyposażyła nas natura. Ja Ci mówię, NOŚ! TUL! To jest Twoje dziecko i sama wiesz co jest dla niego najlepsze. I powiem jeszcze jedno. Masz do tego pełne prawo. Bez frustracji. Bez obwiniania się, że robisz źle. To jest prawo matki. Na ogarnięcie się w nowej roli. I bezbolesne zaadoptowanie bejbasa na tym świecie. I nikt nie ma prawa mówić Ci, co jest dla Ciebie. Dla Was dobre!


Ale nosić też trzeba umieć. I nie mam tu na myśli kołysania do snu. Tulenia. Uspakajania. Bo idea noszenia ma głębszy sens. I dużo większy wymiar niż mi się do niedawna wydawało. Dlatego, aby poszerzyć swoją wiedzę dołączyłam do akcji #nicminiewisi zorganizowanej przez Matkę Córek. Zajrzyjcie do niej (klik) i poczytajcie. Bo warto! Znajdziecie tam mnóstwo pożytecznych informacji na temat motania i plątania. Tutaj możecie poczytać o zdrowotnych aspektach chustonoszenia. A na fejsie cały czas istnieje możliwość dodawania zdjęć z "zamotańcami" opatrzonych hasztagiem #nicminiewisi.


Dlaczego noszę?

Nie będę ukrywać, że początkowo noszenie miało dla mnie wymiar czysto praktyczny. Doskonale sprawdziło się podczas podróży. Przesiadki. To autobus. Samolot. Tu taksówka. Wózek był nie wygodny. Duży. I do tego składać trzeba było. Ręce zajmował. A tu jeszcze bagaże były do tachania. Nosidło sprawdziło się doskonale. Nie dość, że uwalniało ręce. To sprawiało, że Młody spokojniej znosił niedogodności podróży. Nie płakał. Wtulony w piersiątka, czuł się bezpieczny.

I do dziś nam tak zostało. Nie wyobrażam sobie innego sposobu na transport Młodego. Nic się nie zmieniło. No, może poza jednym. Słodkich kilogramów przybyło. Dlatego zainwestowaliśmy w plecak na stelażu.

* * *

Jeśli Tobie też nic nie wisi, przyłącz się do akcji. Już dziś!

pozdrawiam, bastalena
TOP