29 maja 2015

Coffee, please. I'm back!

Urlop. Ja wiem, że niektórym z Was wydawało się, że ja jestem na urlopie od roku ;) Jednak tym razem urlop miał oznaczać U-R-L-O-P. Z wszystkimi wpisanymi w słowo urlop atrakcjami.



Słodkie nic nierobienie od rana do wieczora.
Przehandlowanie Gizmolove dziadkom w zamian za kilka godzin błogiego i niczym nie zakłóconego spokoju. Z przerwą na karmienie.
Chałupkowanie z dobrą kawą w tle. I nadrabianie plotek. Kto z kim, po co i dlaczego już nie.
A przede wszystkim miałam się wziąć za siebie. Odrobaczyć. Ostrzyc. I odchamić.

Jednak pierwsze schody pojawiły się już nazajutrz po przyjeździe. Plany planami. A zaraz po wstaniu z łóżka okazało się, że całą moją zagospodarowaną energię włożyłam w przekładanie spotkań. Zmianę tego, co tak skrupulatnie zaplanowałam. I oswajanie Gizmolove z dziadkami. Tak! Tak! Młody postanowił naturalnie i wyraźnie dać mi prztyczka w nos. Matką jesteś. I nic z tego!  

#Z naturą nie wygrasz. Nie walcz! Nie kombinuj!

Co nie oznacza. Przestań myśleć pozytywnie! Przecież lęk separacyjny nie trwa wiecznie. Poza tym wyręczana z tak przyziemnych obowiązków jak gotowanie. Skupiona na kilku dodatkowych i tych na daną chwilę skomplikowanych. Na wskroś punktualna. Do bólu dokładna. I ambicjonalnie przeżarta.
Postanowiłam przybastować.
Nie kontrolować.
Nie wpływać.
Postanowiłam pierwszy raz w życiu mieć na wszystko wywalone.
Po roku chuchania i dmuchania. Latania ze szmatą i odkurzaczem. Po roku kieratu. I odmóżdżającego cackania postanowiłam mieć niezaprzeczalne prawo do chwili spokoju. Do chwili sam na sam. A Młody przyczepiony glonojadem do fantomowego cycka musiał w końcu zrozumieć. Mama to mama. A ja to ja.

A gdy już tak przybastowałam. Poczułam się pierwszy raz w życiu. Fantastycznie! Zrozumiałam, że znacznie lepsze od porannej owsianki są mlecze prosto z działki. I psie chrupki. Prawda stara jak świat. Co nas nie zabija. To nas wzmacnia. Tak samo jak wejście na piąty schodek i wyciągnięcie rączek w geście triumfalnego "Popatrz, Mamo!" potrafi przyprawić o palpitację serca. Równocześnie potrafi napawać dumą, ileż to już ten mały wielki człowiek jest w stanie zrobić i pojąć.

# Odrobaczająca moc urlopu

Nawet jeśli nie udało mi się dosłownie odrobaczyć. Wyzbyłam się najgorszego earworma orzącego mój umysł. To odbijające się czkawką wyrzuty sumienia. Pożegnałam je, gdyż zrozumiałam, że jestem tylko człowiekiem. Jestem tylko matką. I tylko kobietą. A nie jak do tej pory myślałam, aż. Jeśli czegoś nie zrobiłam dziś. Zrobię to jutro. Wszystkich nie zadowolę. Wszystkim na raz nie dogodzę. W dupę nie wlezę. A nawet jeśli mi się jakimś cudem uda. I tak zawsze znajdzie się jedna menda, która będzie niezadowolona. Najważniejsze to robić to, co do mnie należy. Robić to dobrze. I robić tak, aby po wszystkim móc powiedzieć sobie good job! I pójść na filiżankę pysznej kawy.

I tak wyrzuty sumienia wyrzuciłam z czystym sumieniem, precz. Powracając do myśli o nowej fryzurze. Chlipiąc kawę. Rozmyślałam o tym, czego dziś (wtedy) nie zrobię. Bo nie muszę. I nikt mi głowy za to nie utnie. Może i się nie odrobaczyłam. Nie odchamiłam ani trochę. Ale za to zafundowałam sobie asymetrycznego boba w kolorze dark brown.
Good job!


pozdrawiam, bastalena
TOP