18 czerwca 2015

Czy można przestać być blogerem?

Słucham sobie Kaśki. I nucę razem z nią.

Lubię ten stan. Rozkoszne sam na sam. Cisza i ja. Cisza, ja i czas. Kocham ten stan. Cudowne sam na sam. Kawa i ja. Owsianka, kawa, ja. Nie ma kumpli, nie ma nieprzyjaciół. Nie licząc dwudziestu w paczce pampersów...

Buhahaha!




Rozkoszne sam na sam odeszło w niepamięć, kiedy zostałam matką. Od szóstego miecha, wszystko w pakiecie z widownią w pierwszym rzędzie, wszędzie. Ale gdyby tego było mało, zachciało mi się bloga. A raczej na odwrót. Najpierw blog. Potem dziecko. Ale nie o kolejność tu chodzi. Tylko o fakt. A fakt jest taki. Nie. Nie można. Bo tak jak nie można przestać być matką, tak nie można przestać być blogerem. Macierzyństwo i blogowanie. Te dwie rzeczy zmieniły moje życie bezpowrotnie. 



Dla przykładu. Znacie zapewne te demotki o matkach na chorobowym. Że matka niby nie ma czasu chorować. A widzieliście kiedyś blogera na chorobowym? Ja też nie. Ponieważ blogowanie to choroba naszych czasów. Nieuleczalna, przewlekła i psychiczna.


Zaraz Wam to udowodnię.


Czy bloger spokojnie je śniadanie?


Nie. Bo bloger zanim zje tę pieprzoną owsiankę, najpierw jest zobowiązany jakimś tajemnym paktem, aby zrobić jej zdjęcie. Nie ważne jak brzydka i niefotogeniczna by była, wrzuca je na insta. Tam ulega ona spektakularnej transformacji i z jednego wielkiego rzygu staje się najsmaczniejszą owsianką ever. Jakby tego było mało smak podkręca niebotyczne otagowanie milionem hasztagów. No musi coś w tym być! Bo dopiero teraz bloger spokojnie może ją zjeść. Zimną. Popijając wiadrem kawy. Zimnej. Bo bloger zawsze je zimne. 

A bloger biegacz tak sobie biega dla relaksu od blogowania?


Otóż nie. Taki jak biega to już sobie w czaszce układa cykl wpisów na kolejny miesiąc. Wymyśla 10 powodów dla których warto biegać. 4 techniki wiązania butów dzięki którym unikniesz kontuzji kciuka. Opracowuje plan treningowy dla początkujących biegaczy. Testuje nowe Mike do recenzji. A potem wrzuca te wszystkie screeny z Endomondo na insta. Z należytym im otagowaniem jakby co najmniej maraton przebiegł. A nie stąd do warzywniaka.

Psychomatki atakują. Ratuj się kto może!


Mój ulubiony temat. Ale nie będę się nad nim specjalnie wysmętniać, bo o tym cudownym fenomenie pisałam także w tekście o matkach blogerkach. Nadmienię jedynie, że jak blogosfera długa i szeroka nigdzie nie uświadczysz tyle psychodelii co na parentingach właśnie. No, jeszcze szafiarki mogą się im równać. Ups! Przepraszam.

Blogerki modowe, cóż one takiego czynią?!


W sumie to nic. Oprócz tego, że ładnie wyglądają to jeszcze tylko dużo hałasu. Bo nie możesz powiedzieć, że taka jest ubrana. Ona jest wy-sty-li-zo-wa-na. I pomimo, że w każdym wpisie lansują nowe marki. Wkładają nowe sukienki. Piszą o nowych trendach, popierając to zdjęciami w kaloszach. Trampkach. Trenczach. Koszulach w kratę. Bez kraty. Kratą bez koszuli. I choć szafy naszych #boho #white #polishgirl #spring #blonde #instagirl niejednokrotnie wydają się być z gumy, to one wszystkie bezapelacyjnie zawsze stwierdzą, że... ZNOWU NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ!!!

I tak dalej...


Te przykłady można by mnożyć w nieskończoność. I nie ma w tym absolutnej żadnej przesady. 
Ja sama odkąd bloguję, przestałam jeździć na rowerze. A zaczęłam opisywać wycieczki z trasy. 
Nie medytuje. A w ciszy kontempluje wpis o technikach medytacyjnych i ich wpływie na życie. 
Nie wyrzucam starych, nikomu niepotrzebnych rzeczy. Bo z dziurawej skarpety mogę zrobić pokrowiec na smartfona, a z firanki sukienkę.
Ja nie jem, tylko smakuję
Nie piję, a delektuję się. 
Ja nawet jak zamykam oczy, to widzę... przestrzeń usianą hasztagami, spacjami, linkami. Widzę bloga. Śnię o nim. A z tego psychicznego stanu. Z koszmaru z ulicy Blogspot jest mnie w stanie wybudzić tylko jedno.

Płacz mojego dziecka.


Teraz pomyśl ile razy ty się na to złapałaś? I czy to nie jest chore?




Kurtyna. Do następnego.

TOP