22 czerwca 2015

Dzisiaj noc jest piękniejsza

Najpierw Rodzice obchodzą Twoje urodziny. Roczek. Dwa. Osiemnastkę... Nim się obejrzą, wylatujesz z domu. Na studia. Na swoje. Na zawsze. I od tamtej pory to Ty dzwonisz z chóralnym Sto lat! Bo pewnych dat się po prostu nie zapomina.





Lecz są jeszcze te dni, które dopiero cię czekają. Cierpliwie pączkują, by po +/- dziewięciu miesiącach, ujrzeć światło dzienne. I tak oto rodzi się kolejna okazja do chóralnego Sto lat! Tyle, że tym razem to ty będziesz obchodzić ten roczek. Dwa. I osiemnastkę...


Ale zanim to nastąpi celebrujesz każdy miesiąc. Każdy pojedynczy dzień.



Było dziwnie. Dziwnie spokojnie. Dziwnie normalnieNaczytawszy się tych wszystkich rad o pierwszych oznakach ciąży, zawiodłam się cholernie. No tak! Bo jak tu przeżyć poranek bez rzygania? Jak tu zjeść spokojnie śniadanie bez nudności? Przecież toalecie też się coś od ciężarnej należy. Widać nie od każdej.


Gratuluję Tatuśku! 


Dwie minuty niepewności i test za pięćdziesiąt bajońskich złociszy nie poszedł w kanał. Wręcz przeciwnie! Jednak oznak nadal nie było. Już zgłupiałam do kwadratu. Nawet zaczęłam sobie wmawiać fałszywie dodatni wynik. Ale dość szybko odpędziłam od siebie te myśli. Szok i niedowierzanie. Co teraz? Co teraz? Trzeba do ginekologa, potwierdzić beta-HCG. Nie ma co, 4 lata pracy w labie dostatecznie zlasowały mi resztki mózgu. Jednak dotrwałam do 8. tygodnia. Wylądowałam u lekarza. Tam 3 szybkie pytania. Spóźnia się Pani okres? Tak. Zrobiła Pani test? Tak. Wyszedł pozytywny? Tak. No to gratuluję!


Rycz, matka rycz!


Całą ciążę prowadziła mi położna. Anne Mette. Lekarza widziałam tylko raz, jak potrzebowałam pozwolenie na lot. Ot, co. Nie powiem, początkowo wydawało mi się to wysoce dziwne i podchodziłam do całej sytuacji z lekkim przymrużeniem oka. Jednak z perspektywy czasu sądzę, że to było bardzo dobre i zdrowe podejście. Zero stresu. Puls, ciśnienie, siusiu. Aż tu dokładnie w 15. tygodniu nastąpił zwrot akcji. To co do tej poty było nienamacalne i teoretycznie wmawiane mi na słowo, nagle stało się realną rzeczywistością. 150 uderzeń na minutę wycisnęło ze mnie niekontrolowane łzy szczęścia. To jednak tam na prawdę "ktoś" pływa!


Połówkowe.


Stwórca jak to chłop, trzymał fason. Trochę ze mnie śmiał, aaa się popłakała się. Ale sam doznał szoku, po 20. tygodniu, kiedy to udaliśmy się na nasze pierwsze (i jedyne tam) USG. Już nie płakałam. Tym razem miałam wrażenie, że to ja zwijam Stwórcy paszczękę z podłogi. Tym bardziej, że od samego początku chcieliśmy znać płeć. I poznaliśmy. Od tego momentu wszystko było Gizmolove.


Motylki w brzuchu.


Mniej więcej w tym czasie zaczęłam czuć delikatne ruchy. Początkowo przypominały one motylki w brzuchu, albo ruchy perystaltyczne jelit. Wiadomym, że ja odczuwałam je zupełnie inaczej. Ale starałam się, aby i Stwórca miał jakieś przyjemności z tej naszej ciąży. No więc, raz dostał w twarz. Bo mu się gadać do brzucha zachciało. Nie wiem tylko jak- z otwartej czy zamkniętej? A może z półobrotu? Nieraz przyznawał się do nocnego brzuchomacanka, a potem rano mi opowiadał, jak Młody nawalał, podczas gdy ja chrapałam w najlepsze.


Pan Bulgotek.


Pierwsze bulgoty wprawiły mnie w osłupienie. Coś pomiędzy puszczaniem baniek pod wodą, gruchaniem gołąbka, graniczące nawet z puszczaniem bąków. Tak, tak, nieraz miałam wrażenie jakby Młody dziurki pomylił i pruł, ile fabryka dała. W miarę upływu czasu było coraz ciekawiej i bardziej widowiskowo. Bo im Gizmo większy, tym większe zatrzęsienie powodował.


Godzina piąta. Minut pięć.


I zatrząsł. Potrząsł. Ale wyjść nie chciał. Ja się o skalpel nie prosiłam. Wręcz przeciwnie. Byłam chyba jedną z tych nielicznych, które wolały zagryzać zęby z bólu przed niż po. Ale spoko, loko, luz i spontan. Najważniejsze, że zdrowy. Za to ja coraz bardziej chora. Zielona. I niewyspana. Ale dawałam radę. Zaparłam się i obiecałam sobie, że dla niego jestem w stanie zrobić wszystko. Od teraz i zawsze. Nawet odgryźć sobie lewego cycka!


Sen się spełnił.


Chwila dostawienia Młodego do cycka zakończona powodzeniem wycisnęła ze mnie po raz kolejny niekontrolowane łzy szczęścia. Co prawda szpitalny instruktaż w wersji pani siada, pani wyciąga, pani wkłada, pani karmi, nie zawierał skutków ubocznych oraz reakcji niepożądanych. Oni nie powiedzieli [być może wyglądałam na tyle inteligentnie i założyli, iż jestem obcykana]. A ja nie pytałam... Ale za to miałam biuście jak ta lala. Tylko dlaczego to tak bolało? Auć! Nie wiedzieć czemu Młody obraził się na lewego. Ale i na niego znalazłam sposób. Wydumałam, że z karmieniem jak z kochaniem, każda pozycja dozwolona. Przy kolejnej kolacyji przystawiłam go głową w talerz. I pięknie wyćmochtał całego. Mnie ulżyło, a on się tylko oblizał, odbił i w kimę. I tak karmimy się miłością.



Nie oddałabym ani jednej nieprzespanej nocy. Kocham wstawać. Kocham nie spać. Kocham karmić. I przewijać. Kocham zasypiać byle jak, byle gdzie, byle razem. Nie dojadać. Na ryj padać. By podnosić się jeszcze silniejsza. Nawet jak się wkurzam i narzekam. Jak mi przypadkiem wypadnie z buzi cholera, szybko się ogarniam. Bo przecież mu obiecałam. Od teraz i na zawsze.


Ja już nie umiem inaczej. Nie próbuję. Nie chcę!



Zdjęcie na czołówce zdobyło wyróżnienie w jesiennej edycji wyzwania fotograficznego organizowanego przez Natalię z Jest Rudo w kategorii MY
TOP