11 stycznia 2016

OBIECANKI OWSIANKI NA 2016 ROK

Dla wielu typowy styczeń jest miesiącem snucia planów i wyznaczania mniej lub bardziej realnych celów. Znam kilka osób, którym się udaje i pod koniec roku dumnie przyznają. Schudłam z Ewą. Upiekłam swój pierwszy pasztet. Zrobiłam w końcu prawo jazdy. Rzuciłam pracę w korporacji. Znam też jedną osobę, która z chwilą wybicia dwunastej zero pięć, zdaje się o większości postanowień już nie pamiętać. Ot, cała ja.



Kiedy przypomnę sobie moje plany na 2015 rok, to wcale się nie dziwię, że nie udało mi się ich dotrzymać. Piękne były i ambitne, ale totalnie odrealnione. Uzbrojona w książkę Kominka wymyśliłam sobie, że jak wdrożę jego założenia w życie, okraszę fotkami Gizmolove i już! Dla równie optymistycznych głupców mam informację. To tak nie działa. Jak widać nie u wszystkich. Setki zjedzonych owsianek. Hektolitry wypitych kaw. A ja nadal nie zarabiam na blogu. Niemniej jednak ten rok był mi potrzebny. 



Potrzebny, aby uświadomić sobie, że blogerem się jest. Nie bywa. Z chwilą opublikowania pierwszego postu pożegnałam się ze swoim nudnym życiem. Gorzką kawą. I brzydkim obiadem. Zaczęłam dostrzegać zalety blogowania. Poznałam masę ciekawych ludzi. Zorganizowałam się. Odkryłam tłamszony pod pantoflem talent. Tylko kawę popijam coraz bardziej zimną. O dziwo smakuje mi. Wiem już, że nic nie muszę. A wszystko mogę!

Ale po kolei.


Jednego żałuję. Tego, że ten rok się tak chujowo zaczął.

OSTATNIO WIDZIAŁYŚMY SIĘ NA ŚWIĘTA. MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE OSTATNI RAZ


Mogłabym także więcej grać Wam na emocjach. Póki co nie umiem? A może migam się, nie wiem? Moja wrodzona poprawność sprawia, że popycham pierdoły, po drodze ogarniam kuchnię, czasem owsiankę przypalę. Ostatnio nieudolnie inspiruję i aspiruję do miana matki wariatki. Jednak ciągle brak tekstów, będących moim głosem. Tych, w których jestem cała ja, z krwi i kości. Ja, która kocha ludzi. Ale tylko niektórych. Równi mocno nienawidzi. Która nie lubi kolejek i czyjegoś oddechu na plecach. Ja, która nie rozumie dlaczego karmienie piersią 20. miesięcznego dziecka nadal przyjmowane jest (ironicznym) uśmiechem na twarzy. Do tego ten wszech gorszący cyc w oczy kole. Auć! 

KULTURA MACIERZYŃSKA CZYLI KIEDY PYTAJĄ MNIE...


Tego chcę. Do tego dążę. A korzystając z okazji zdradzę, że od pewnego czasu chodzi mi po głowie pewien pomysł. Dokładnie od chwili wypuszczenia w eter świątecznego e-booka. Emocje, które towarzyszyły jego powstaniu uświadomiły mi, że bardzo lubię tego typu przedsięwzięcia. Dlatego na ten rok wyznaczyłam sobie cel adekwatny do mojej siły woli i zainteresowań. Nawet jeśli nie uczyni on ze mnie blogerki na miarę Kasi Gandor, to z pewnością stanie się początkiem kolejnych potrzebnych zmian. Nie mam zamiaru rezygnować z przyjemności. Nie będę katować się żadną dietą i pić więcej wody. Nie czuję potrzeby zrzucać zbędnych kilogramów ani przebiec maraonu. Nie mam zamiaru przeczytać 52 książek w 52 tygodnie.

- Mysz, a nie myślałaś o wydaniu e-booka?
- Pewnie, że myślę. Cały czas. 


A jakie są Wasze plany na dwa tysiące szesnasty rok?

Do miłego... bastalena

TOP