20 sierpnia 2016

Witamy w norweskim przedszkolu!

To już czas?! Kto mi powie, kiedy to zleciało? Nie, nie lato, raczej życie. Jeszcze dwadzieścia siedem miesięcy temu jadło to, srało i spało, a teraz dzielnie pomyka do przedszkola. Po pierwszym tygodniu, równie ekscytujących co stresujących przeżyć, mogę co nieco napisać. Już doszłam do siebie.



W weekend poprzedzający wielki tydzień Gizmolove wyczerpał ostatnie pokłady mojej cierpliwości. Robił wszystko, abym wszelkie lęki związane z przedszkolem odstawiła na bok i z utęsknieniem wyczekiwała środy rano. Yeep!


NA POCZĄTEK TROCHĘ MATCZYNEGO TROLOLOLO, CZYLI ŻADNA TAM ZE MNIE ZŁA MATKA


Ale we wtorek między wymęczoną owsianką, kolejną powtórką Peppy, a setnym atakiem histerii już mnie miały. Zleciały się zmory. Choć przychodziło mi to z trudem, starałam się nie myśleć, ile czasu zajmie Gizmolove obycie z nowym środowiskiem, obowiązkami, dziećmi, opiekunkami i czy będzie okupione wieloma łezkami. Nie bez znaczenia jest też bariera językowa.

W czerwcu na spotkaniu organizacyjnym otrzymałam dokładne wytyczne dotyczące początkowych dni w przedszkolu. Opiekunka wyjaśniła, że są one tak zaaranżowane, aby dziecko miało czas oswoić się z otoczeniem w bezpiecznej obecności rodzica. I tak kolejne dwa przedpołudnia spędzałam m. in. w przedszkolnej piaskownicy. Aktywnie uczestniczyłam w grach, zabawach i posiłku, po to by Gizmolove nabrał zaufania do nowego miejsca. Równocześnie zaznajamiałam opiekunki z jego osobliwą pantomimą i wyszukanym dźwiękonaśladownictwem. Na migi tłumaczyłam kaka, siusiu, piciu i tym podobne słownictwo pierwszej potrzeby.

Trzeciego dnia pozwoliłam sobie na godzinne wychodne. Poinformowałam Gizmolove, że mama idzie, ale wróci, co przyjął bez większego entuzjazmu. Rzucił krótkim buzi i powrócił do zabawy w przedszkolnym ogródku. O mało kaloszy nie pogubił. Yhy?! O co kaman???

Hę! Nie wyleciałam sroce spod ogona. Przecież zostawiłam go w środku najlepszej zabawy, to czego ja się spodziewałam. Że zaleje się łzami, uwiesi cycka... Miejsce na takie atrakcje zarezerwowałam sobie na wtorek. Tego dnia miało się okazać, czy moja obecność będzie dalej potrzebna.

Gotowi do walki. Poprzedziłam ją kilkugodzinną rozmową. Przed snem. W trakcie śniadania. W drodze do przedszkola, i celowo tego dnia wybrałam dłuższą trasę. Starałam się jak najjaśniej nakreślić sytuację, w której się znajdzie. Milion razy powtarzałam, że po niego wrócę, a czas spędzony beze mnie wypełni mu zabawa z dziećmi. Umówiłam się z opiekunką, że zostawię Gizmolove samego przynajmniej do lunchu, a resztę czasu w zależności od jego samopoczucia. Na odchodne powtórzyłam milion pierwszy raz, że po niego wrócę. Nie wiem na ile przetworzyła informacje mała główka, bo rozryczanego, usmarkanego z Peppą w ręku odklejałam od cycka. Twarda ze mnie babka, ale chyba każdą matkę taki widok rozczuli. Szlag! Gdybym tylko mogła walnąć sobie wtedy nerwosol. A najlepiej setkę! Nie mogąc znaleźć godnego zamiennika w płynie, chwyciłam za ścierę i wypucowałam całą chałupę. Warta pod telefonem szybko przerodziła się w obsesyjne sprawdzanie, czy przypadkiem nic nie przegapiłam? Oczywiście, że przegapiłam! Pochłonięta szorowaniem kibla, nie usłyszałam sygnału sms, Gizmolove is OK. Najlepsze info dnia. Uff! Uszło ze mnie całe zatrute powietrze.

Tydzień to dopiero początek zmagań. Każde dziecko jest wyjątkowe. Jednemu wystarczy kilka dni na otrzaskanie się w nowej sytuacji, podczas gdy innemu zejdzie na tym kilkanaście histerycznych poranków. My nadal walczymy, ale z dnia na dzień widzę postępy.


Dajemy radę. Oboje.


A TERAZ PRZEDSZKOLNE MUST HAVE, CZYLI CO GIZMOLOVE JE, GDZIE ŚPI I DLACZEGO PRASOWAŁAM MU MAJTKI


Pamiętam to zdziwienie rodziny i znajomych, kiedy opowiadałam im o zasadach panujących w Gizmolovym przedszkolu. Choć temat nie był mi do końca obcy, bo po czerwcowym spotkaniu byłam przygotowana, doświadczyć tego i owego na własnym dziecku, to zupełnie inna sprawa. A zima dopiero przed nami.

Jednych dziwił czas. To Ty go oddajesz na tyle godzin? 


No, tak. Od ósmej do piętnastej. To tak dużo? Nie wydaje mi się. Przecież to tyle, ile wynosi standardowy czas pracy rodziców. Można od siódmej, ale komu by się chciało tak wcześnie wstawać. Byle wyrobić się do siedemnastej.

Kolejne pytanie dotyczyło posiłków. To na tyle godzin pewnie ze trzy są, w tym ciepły obiad


Otóż nie do końca. Przewidziany jest czas na trzy posiłki, w które zaopatrują rodzice. Zazwyczaj są to kanapki i owoce obowiązkowo pokrojone w kawałki.

Jeśli dziecko kręci nosem na śniadanie (frokost) w domu, może je zjeść o 9.00 w przedszkolu. Nam się póki co to nie zdarzyło.

Następnie ok. 11.15 jest lunch (lunsj). Ja do wspomnianych wcześniej kanapek dorzucam Gizmolove zawsze jakieś warzywko, najczęściej zielonego ogórka albo paprykę.

O 14.00 dzieci uczestniczą we wspólnym jedzeniu owoców (fruktmåltid). Opiekunka wykłada na jeden talerzyk przyniesione przez dzieci owoce, a one wybierają te, które chcą zjeść. Wczoraj Gizmolove próbował borówki amerykańskiej. Nie pytaj, skąd wiem ;)

Do picia kranówka albo mleko z kartonika. Plus to, co dam ja, czyli herbata.

Ale większość, jeśli nie wszyscy wymiękali przy drzemce. W głowie się nie mieści?!


Jak do tej pory zdarzyło mu się tylko raz nie spać. Nie wiem, jak one to robią, bo ja zawsze toczyłam walkę o drzemkę w ciągu dnia. Może to kwestia miejsca? Widać wózek na zewnątrz (!) lepiej mu odpowiada niż ciepłe łóżeczko. Uprzedzam zatrwożone pytania w komentarzach. Deszcz nie deszcz. I zimą też.

A na koniec. Znasz ten odwieczny problem, w co ubrać?


Na pewno w coś, co będzie podpisane imieniem dziecka. Począwszy od skarpetek na kombinezonie przeciwdeszczowym skończywszy. Ja idąc śladem innych matek, zaopatrzyłam się w naprasowanki i jak ten świstak przeddzień siedziałam i znakowałam wszystkie majtochy, bodziaki, spodnie etc.

Na pewno wygodnego. Na zimę ciepłego. Na deszcz nieprzemakalnego. Na wszelki wypadek. Na zmianę. Także trochę się tego uzbiera. I najlepiej używanego. Gizmolove póki co wydziera stare dresy. Ma piękną, nową wyprawkę, ale jak widzę w jakim stanie codziennie wraca, to ekhm... Oni się tu nie kiszą przez większość dnia w budynku, a wszelkie anegdotki o spędzaniu maksimum czasu na świeżym powietrzu nie są wyssane z palca.


I jak to widzisz?





Przydługi urlop, teraz to sprawiły, że ciężko mi było skupić się na blogowaniu. Na szczęście już ogarniam i wskakuję na właściwy tor. Post ten początkowo pisałam z myślą o pokazaniu norweskiego przedszkola od podszewki. A nuż komuś się przyda, kogoś zaciekawi. Gdzieś tam w międzyczasie przybierając formę potoku słów niespokojnej matki, wynikającej z naturalnej potrzeby wygadania się. 

Obiecuję już rozpieszczać swoją obecnością, ale potrzebuję twojego feedback'u. Poklep mnie po ramieniu albo daj mocnego kopa w coraz większy zadek. Uspokój, albo dobij. Na obie wersje jestem przygotowana.


Do następnego.
bastalena

TOP