18 września 2016

Skupiam się na momentach

Ostatnio coraz częściej zarzucam sobie, że czegoś nie zrobiłam, nic nie napisałam. Nieustannie gdzieś gonię i przepuszczam czas przez palce. Ale coraz częściej wcale się tym nie przejmuję. Bo najlepsze rzeczy dzieją się niespodziewanie. Tu i teraz.



Jeszcze trzy lata temu oblizywałam się po lukrowanych pączkach. Wpatrzona w mijające się tramwaje. Ambitnie wspinałam się po szczebelkach korpo kariery. Każdy dzień zaczynając od kawy. To ostatnie akurat się nie zmieniło. 

Ale tylko to.

Przez ostatnie dwa lata nie przespałam nieprzerwanie ani jednej nocy. Twórczo realizowałam się w praniu, sprzątaniu, gotowaniu upchniętym w godzinnej drzemce. Moje ambicje sięgają sklepowej kasy. A dobrymi chęciami brukuję swoje prywatne piekło. Od miesiąca nie ogarniam już własnego ciała. Pod prysznicem nie mogę zobaczyć palców stóp. Wpatrując się w bliżej nieokreślony kształt przede mną, zauważam trzy małe rozstępy nad pępkiem. 

Ale jest cudownie! 

Spijając hormonalny koktajl, myślę o tym, na co chcę poświęcić czas. Na co wykorzystać energię, która jeszcze mi została. Co tak na prawdę się liczy, a co mogę sobie chwilowo odpuścić. Priorytety. Mimo, że lubię pisać, opracowywać przepisy, fotografować, dociera do mnie fakt, że życie jest zbyt krótkie i ulotne, aby ciągle jeść zimne. Gizmolove się zmienia. Ja nabieram korpulentnych kształtów. Stwórca tatusieje. Nie chcę niczego przegapić.

Skupiam się na momentach.



TU I TERAZ. WRZESIEŃ


Czuję się przeczyszczona, nafaszerowana witaminami i na endorfinowym haju. W dużej mierze to zasługa Eveliny i jej tygodniowego wyzwania, w trakcie którego poranne #butfirstcoffee zamieniłam na #butfirstsmoothie. Moim celem było wyjść ze strefy komfortu, wzmocnić wymęczony ciążą i karmieniem organizm oraz poznać ciekawe przepisy na smoothie. Osiągnęłam znacznie więcej! Czekam na kolejną edycję. Równocześnie...

Potrzebuję powietrza. Duszę się we własnym ciele. Wykazuję wzmożone zapotrzebowanie na tlen, dlatego każdą możliwą okazję wykorzystuję na spacery.


Uczę się norweskiego. To znaczy jeśli konwersacje z żywym przedszkolnym organizmem można nazwać nauką, to zaczęłam. Co nie zawsze idzie w parze z rozumieć. I wtedy robię jedną z tych tępych minek. Jak wtedy...

Tydzień w przedszkolu. Młody biega po domu i woła:

- Ute, ute...

- Myszka pokaż, o co Ci chodzi, bo nie wiem.

Po czym biegnie do drzwi wejściowych i pokazuje paluszkiem, ute.

Wspólnie ze Stwórcą doszliśmy do wniosku, że chce wyjść na dwór. Skubaniec, szybciej niż matka podłapał swoje pierwsze słowo po norwesku.

Cieszę się, że ogarnęliśmy przedszkole. Dwa tygodnie trwały poranne lamenty i histerie przy rozbieraniu z kurtki i butów. Teraz dostaję soczystego buziaka i słyszę pa-pa. Po czym Gizmolove ochoczo gna na salę, na którą zwykle go wnosiłam. Mały sukces, a cieszy jak szóstka w totka.


Jestem wdzięczna za to, co mam. Są oni, będzie ona, to wielkie szczęście 😍💕

Czekam na jesień. Jak nigdy dotąd cieszę się na spotkanie z nią. Zastanawiam się tylko czym ją ugoszczę? W najbliższych planach mam fårikål. Nieco dalszych, dżem domowej roboty z niesprecyzowanych jeszcze owoców oraz owsiankę brulee. Mam nadzieję, że będzie jej smakowało. 


Tymczasem chciałabym spotkać się z tobą w komentarzu. Tu i teraz. Napisz, co ciekawego wydarzyło się w ostatnich tygodniach u ciebie.

Ściskam!
bastalena

TOP