1 kwietnia 2017

Jaki lajf, taki kontent, matko!

Ten wpis rodził się w bólach. Bólach istnienia tych matek, które stają za jego powstaniem. Szczerze im wszystkim dziękuję, bo w końcu coś zrozumiałam.




Różnie z tym macierzyństwem bywa. Z jednej strony się w nim gubię, z drugiej czerpię niesamowitą energię i zadowolenie z życia. Po trzech latach mogę powiedzieć, że bycie matką to codzienne popadanie ze skrajności w skrajność, ale lubię to! Tak naprawdę nie wiem, co przyniesie nowy dzień. I gdy już wydaje mi się, że moje daily routines to zimna kawa, a guilty pleasures to grzebanie w nosie. Następnego dnia dostaję prztyczka w nos i stwierdzam, że jest na odwrót.


Rzeczywistość nie sprowadza się do pięknych i wydumanych obrazków, którymi karmią nas reklamy kaszek czy pinterest. Zdaję sobie sprawę, że na dłuższą metę nie da się być ujaraną szczęściem. Że rodzic czasem musi, inaczej się kogoś udusi. Ja też chwilami mam dość, ale mierzi mnie już to ciągłe przekomarzanie. Przekonywanie się kto ma lepiej, kto gorzej. Licytowanie na worki pod oczami. Nie chcę być jedną z tych, co w kółko tylko, że mąż im nie pomagaKtóre z przerażeniem odkrywają, że bamber sra, a nie robi kupkę. A gdy tylko słodziak wyskoczy z pampersów, okazuje się być kwaśnym landrynkiem.


Nie zapatrując się na innych, łykam go i działam dalej, bo obiecałam sobie jakiś czas temu, skupiać się na momentach. Nie zawsze tylko pięknych i pachnących fiołkami, czasem nadrabianych żenującymi bajkami, z miłości nieprzespanymi nocami, ale w zgodzie z samą sobą. Chcę spokoju, motyli w brzuchu i roju nucących trzmieli. Powiesz mi, że przedawkowałam własne mleko, a ja ci odpowiem, że się wyspałam. I nie dlatego, że Bejbi nie zrywa mnie co rano na baczność. Ale dlatego, że sobie to wszystko poukładałam.

W głowie. W życiu. I między nami rodzicami.

Jaki lajf, taki kontent.


A kontent z definicji ma zadowalać!

TOP