16 czerwca 2018

7 pytań, które ciągle słyszę tylko dlatego, że mieszkam w Norwegii

Norweskie Q&A czyli odpowiadam na 7 pytań, które najczęściej zadawaliście mi w ciągu pięcioletniej emigracji. Odpowiedź na ostatnie - kogo zaskoczy, a kogo ucieszy? Przybijam piąteczkę i zapraszam dalej!

Zobacz też >> Polka na dalekiej północy. Wywiad dla Ronji



Na fejsie, instastory, choć najczęściej w realu. W zależności od miejsca i czasu. Przy kawie albo w kolejce do kasy. Z rozbieganymi po dzieciach oczami. Od rodziny, sąsiadów, znajomych, ale także przypadkowo poznanych osób, które z ludzkiej ciekawości chciały na przykład wiedzieć...




CZY WIDZIAŁAM ZORZĘ POLARNĄ?


Pewnie! Każdemu życzę, aby przynajmniej raz w życiu dane my było wziąć udział w tym przyrodniczym show. Nie ma chyba bardziej przyciągającego zjawiska, dla którego ludzie obierają kurs na Norwegię (konkurować z nią może jedynie dzień polarny). Jest w nich jakaś magia. Są piękne. Są efektowne. Niemożliwe do zagwarantowania i często kapryśne. Dlatego też nasze pierwsze spotkanie było małym rozczarowaniem. Liczyłam na jakieś spektakularne łał!, a w zamian zobaczyłam zielony pyłek na niebie.

To nie jest tak, że jak Norwegia długa i szeroka, ściele się zorzą polarną na dobranoc. Najpiękniejsze, największe i jedyne w swoim rodzaju zorze występują na wysokich szerokościach geograficznych, dlatego im bliżej bieguna, tym lepiej. Ja miałam to szczęście, że przez dwa lata mieszkałam w Tromsø, które jest idealnym miejscem do obserwacji zorzy. Ale Bodø też daje radę, zapytajcie KlaudięDodam jeszcze, że szczyt sezonu zorzowego trwa od listopada do marca. I koniecznie obserwujcie je poza miastem, inaczej jego światła popsują Wam całe przedstawienie.


ŁOOO MATKO, JAKIE TO ŻYCIE W NOWEGII JEST DROGIE!?


Zacznę od tego, że pytanie to padało zazwyczaj z ust osób, które zdanie na każdy temat mają, ale zielonego pojęcia już nie. Albo od tych, które były tu na chwilę. Ja rozumiem, że chleb za 15 złotych, mleko za 8, sześciopak piwa za 5 dyszek (o ile go kupić do wyznaczonej godziny, bo kurtynka), mogą przyprawić o palpitacje, ale... i tu wchodzę ja ze swoimi spostrzeżeniami.


Nie zaprzeczam, życie w Norwegii do najtańszych nie należy, gdy jesteś turystą albo pracownikiem sezonowym. W pierwszym przypadku przyjeżdżasz tu ze złotówkami, w drugim, aby je zarobić. Siłą rzeczy wszystko przeliczasz, a to boli. I ja to rozumiem, bo na pierwszych wakacjach sama tak robiłam. Jednak w sytuacji, w której się tu mieszka, zarabia i wydaje w tutejszej walucie, da się prze-żyć i odłożyć. Wszystko zależy od potrzeb i odpowiedniego gospodarowania.

Z doświadczenia wiem, że ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. Więc jeśli przed wyjazdem nasłuchają się i nastawią na chleb za 10-15 złotych, to będą tylko taki kupować. Nie spojrzą, że na półce niżej, jest tańszy. Każdy supermarket posiada swoją własną, tańszą wersję podstawowych artykułów spożywczych lub sprzedaje produkty marki "First Price". Wtedy taki chleb można kupić za złotych 5.

No i ostatnie, sezon urlopowy. Na prawdę nie wiem czemu, ludzie to sobie robią i wbijają tu we wakacje? A potem lament, że drogo, zimno i deszcz. Gdybym miała wskazać najlepszy i jeszcze tani okres na wypoczynek to polecam maj. W innym przypadku to jak w piosence Kazika, tylko zimno i pada, zimo i pada, a lato nie jest gorące... Aha, i nie ładujcie się od razu na te wszyskie #instaskałki, z których można spaść. Nowegia na uboczu też jest piękna! A o niektórych atrakcjach nawet w przewodnikach nie przeczytacie. Polecam Waszej uwadze tekst Jettegrytene- cud natury spoza turystycznego szlaku na biegunwschodni.pl


W JAKIM JĘZYKU MÓWIĘ DO DZIECI?


W jakim bym nie mówiła, to nie rozumieją i rozrabiają dalej 😂


CZY DZIECI ROZPOCZYNAJĄCE PRZEDSZKOLE MUSZĄ ZNAĆ JĘZYK NORWESKI?


W chwili rozpoczęcia przedszkola Gizmolove ogólnie był małomówny (dziś tęsknie do tych czasów). To były też czasy świnki Peppy, więc częściej chrumkał niż mówił, a jak już przemówił to raczej klasycznie- mama, tata, buła. Najważniejsze, że nas rozumiał, a my jego. W domu używaliśmy cały czas języka polskiego, zatem do przedszkola poszedł jako totalny świeżak. Pierwsze świadomie wypowiedziane norweskie słówko podło po miesiącu. Po roku śmigał lepiej niż ja po czterech latach.

Zobacz także >> Witamy w norweskim przedszkolu


Podobnie mam z Bejbi. Jeśli słuchamy piosenek na youtubie lub padną konkretne słowa z Gizmolovych ust, to i tak stanowią one znikomy procent naszej gadaniny. Na poprzedniej kontroli pielęgniarka zapytała mnie o przedszkole, a ja podzieliłam się z nią swoimi językowymi obawami. I okazało się, że robię bardzo dobrze. Dziecko w pierwszej kolejności powinno poznać język rodziców, potem otoczenia.

A jak wygląda to teraz? W domu panuje językowa schizofrenia. Nadal mówimy po polsku, chociaż są słówka, które wprowadziliśmy do użytku codziennego. I tak: zakładamy sioki (skarpetki) i kepsia (czapka z daszkiem), dela (dzielimy) kiełbaskę, na dobranoc lesia (czytamy) książeczki, a na placu zabaw zjeżdżamy na brannbinie (ta rurka, po której spuszczają się strażacy). Chociaż moim ulubionym jest mocno kuś, bo wtedy taaak mocno się przytulamy ❤️


JAK OCENIAM NORWESKĄ SŁUŻBĘ ZDROWIA?


Według moich obserwacji i tego, na co trafiałam na polskich grupach fejsbukowych norweska służba zdrowia nie cieszy się uznaniem, a krytykę w głównej mierze zawdzięcza obiegowej opinii jakoby lekarze rodzinni na wszystko, od kataru po raka mózgu, przepisywali paracetamol. Pragnę się z tym nie zgodzić. Owszem, kilka moich matczynych paranoicznych gorączek niewiadomego pochodzenia zbijanych było paracetamolem, ale w uzasadnionych przypadkach otrzymywałam antybiotyk, a katar u trzymiesięcznego niemowlaka wyleczyłam mlekiem z piersi.

Przeżyłam tu też dwie ciąże i jeden poród, które bardzo dobrze wspominam. Co więcej, jeśli miałabym trzeci raz zostać mamą, to tylko tutaj. Rodziłam w Polsce, więc mam porównanie. Są to zupełnie dwie różne historie porodów. Nie chcę demonizować polskiego podejścia i warunków, ale wierzcie mi to, co powinno być złotym standardem, nadal pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście, zdarzają się przyzwoite miejsca, ale... no właśnie- zdarzają. W Norwegii one natomiast są. To co otrzymałam, to: posiłek przed porodem na wzmocnienie i picie przez całą akcję, jednoosobową salę porodową z łazienką, poród siłami natury, wsparcie Stwórcy w trakcie porodu, "głupiego jasia", uśmiechnięty personel, wypasiony posiłek po porodzie, pełną wyprawkę w pokoju dla mnie i Bejbi, dwuosobowy pokój z łazienką (bo akurat wszystkie jedynki z możliwością noclegu dla Stwórcy były zajęte), a na wiadomość o tym, że mogę wyjść z noworodkiem do stołówki zwijałam szczękę z podłogi.

A w Polsce... na dzień dobry na izbie przyjęć opieprz, że zachlapałam paniom podłogę wodami płodowymi, potem lewatywa, wymuszoną cesarkę, na sali poporodowej panował taki zaduch, że można było siekierę wieszać, a na pierwszym obchodzie ordynator sam lepiej wiedział, jak się czuć powinnam i z szerokim uśmiechem na zadane pytanie jak się czuję, odpowiedział, to musi boleć.

Reasumując. Ja zastrzeżeń do tutejszej służby zdrowia nie mam.


JAKIE OBYWATELSTWO POSIADA BEJBI?


Spotkałam na swej drodze osoby, które myślały, że skoro Bejbi urodziła się tutaj, jest w połowie Norweżką. Nie wiem tylko, której- od pasa w dół czy lewy profil ma bardziej norweski (taki żart!). W przypadku Norwegii prawo ziemi nie ma zastosowania, więc jeśli oboje jesteśmy Polakami, Bejbi z urzędu otrzymała po nas obywatelstwo. Innej konfiguracji omawiać nie będę, bo to nas nie dotyczy, a poza tym szybciej to sobie wygooglacie.

Warta wspomnienia i pozazdroszczenia jest sprawa związana z rejestracją dziecka. Bejbi przyszła na świat w szpitalu i wszelkie formalności załatwił za nas szpital. Jako, że pochodzi ona ze związku wolnego uznanie ojcostwa przez Stwórcę sprowadziło się do wypełnienia odpowiedzniego formularza dostarczonego przez personel szpitala. Bez zawracania dupy głowy i targania po urzędach. Jedyny minus jest taki, że akt urodzenia przyszedł po kilku dniach pocztą, ale to i tak wygodniej niż w Polsce, gdzie bez wycieczki do USC ani rusz. I jeszcze w naszym przypadku i ja dygałam, i Stwórca, który oficjalnie niemalże pod przysięgą do syna przyznać się musiał. No paranoja. 

Trochę gorzej ma się sprawa z transkrypcją norweskiego aktu urodzenia do ksiąg w Polsce, bo wiąże się z wizytą w Wydziale Konsularnym Ambasady RP w Oslo, większą papierologią i opłatą. Sytuacja do opanowania, tragedii nie ma, ale znowu paranoja.


KIEDY WRACAMY?


W lipcu. Zaraz po zakończeniu roku przedszkolnego upakujemy pięć naszych wspólnych lat częściowo w bagaż dwadzieścia kilo, resztę w samochód i komu w drogę, temu ha det bra

Z decyzją o powrocie nosiliśmy się od jakiegoś czasu. Uprzedzając pytania o to dlaczego i do czego, powiem jedynie, że trochę chcemy, trochę musimy. O powodach prywatnych pisać nie zamierzam, bo są prywatne i nie podlegają dalszej dyskusji. A inne, no cóż? Coraz bardziej dokucza nam tęsknota za rodziną i znajomymi. Jeśli wyczuliście to gdzieś między wierszami w moich wpisach na instagramie, to macie mnie.

Niewątpliwie dopadło nas zmęczenie materiału. Głównie dziećmi, bo ileż można udawać, że wychowanie w pojedynkę nam wychodzi. Ale też "norweskością", która może i jest koselig, wspaniale lajkuje się na instagramie i prezentuje w katalogach IKEI, ale piękny widok z okna to nie wszystko.


Do tego dochodzi poczucie tożsamości narodowej dzieci, której nie da się zbudować na wierszykach Tuwima, rozmowach na skypie i wakacjach u dziadków dwa razy w roku.

Z bardziej przyziemnych rzeczy mi brakuje owoców i warzyw na kilogramy nie za bajońskie sumy, ogórków kiszonych i kotletów mielonych mojej mamy. Stwórcy zaś śledzi, polskiej kiełbasy i garażu.


Nasza norweska przygoda dobiega końca. Dziękuję, że mi w niej towarzyszyliście. To było wspaniałych pięć lat. Bez wątpienia najlepsza lekcja życia i macierzyństwa. Czas, który będę wspominać z sentymenem, ale pora wracać. Kto na nas czeka?


TOP